Bloog Wirtualna Polska
losowy bloog | poleć tego blooga | inne bloogi | zaloguj się | załóż blooga
Kanał ATOM Kanał RSS
Od 1%" BORDER="0"

Zdjęcia w galeriach.


Opowieść przejazdowa

piątek, 16 maja 2008 2:28
Wieczór

Pierwsza tego roku majowa burza powoli oddalała się na północny wschód. Łomot grzmotów stawał się coraz rzadszy i cichszy, coraz dłuższy czas upływał od błysku do grzmotu. Szarosina chmura odsłaniała nieśpiesznie coraz większą połać czystego nieba, jednak słońce zdążyło już zajść - tylko złota poświata trwała jeszcze nad łagodną linią grzbietów morenowych pagórków. Wyżej blask nie był już tak gorejący - bladł, stawał się żółtoróżowy, lekko dotykając turkusu zmieniał się w błękit - najprzód zupełnie jasny, stopniowo ciemniejący aż do odsłanianego przez burzową chmurę wieczornego granatu. Wszystko to odbijało się w kałużach lokalnej drogi - okrągłe, jajowate i podłużne bajorka pełne były złota, różu, turkusu, błękitu... Droga nie miała twardej nawierzchni, jedynie kilkanaście metrów bruku przed i za przejazdem kolejowym. Ruch na drodze był mniej niż niewielki, dlatego między brukowcami wyrastał ptasi rdest ścieląc się po kamieniach siatką swoich twardych łodyżek. Bokami, wzdłuż wygrodzenia zrobionego ze starych szyn, kwitł dywan żółtych mleczy, choć teraz główki ich były stulone po niedawnej ulewie. Krzyże świętego Andrzeja - umyte przez deszcz, błyszczące bielą i czerwienią, takież same biało-czerwone drągi rogatek sterczące pionowo wraz ze złożonymi posłusznie wzdłuż nich drucianymi grzebieniami, wokół świeża wiosenna zieleń - wszystko to składało się na świąteczną niemalże atmosferę tego miejsca...

Na ścianie przejazdowej strażnicy dźwięcznie zaterkotał duży dzwonek o dwóch mocno wypukłych czaszach. Donośne „trrrrlilililili..." trwało sześć sekund. Jeden długi sygnał - odjazd pociągu w kierunku nieparzystym. Tak dyżurny ruchu zawiadamia dróżników na szlaku o odjeździe pociągu. Każdy dróżnik wie, po jakim czasie pociąg dojedzie do „jego" przejazdu i dwie minuty wcześniej zamyka rogatki. Strażnica dwudziesta piąta była najbliżej, nieco ponad kilometr od peronów stacji, mniej więcej w połowie odległości między tarczą ostrzegawczą a semaforem wjazdowym dla kierunku parzystego. Prostokątny budyneczek z oknami w dwóch narożach kryty czterospadowym dachem z czerwonej dachówki. Między oknami frontowej ściany, pod dzwonkiem, dumnie bielał prostokąt z dużym czarnym „T" - znak, że w tym pomieszczeniu znajduje się telefon służbowy. Na obu bocznych ścianach, od strony toru, białe prostokąty z czarną liczbą „25". Za budyneczkiem, równolegle do toru stał stojak z kątowników a w nim tarcze DO, D1, D6, wskaźniki W14 i znaki drogowe „Rogatka uszkodzona". Kilkanaście metrów z tyłu - przytulona do rozkwitających właśnie liliowych bzów - drewniana budka-sławojka. Przejazdowe gospodarstwo, jakich wiele...

Ledwo wybrzmiał dzwonkowy sygnał, drzwi strażnicy skrzypnęły i pojawił się w nich dróżnik. Chuda sylwetka, wystające kości policzkowe i głęboko osadzone oczy wskazywały na człowieka który wiele w życiu przeszedł. Jego sukienny mundur z zielonymi wypustkami na dystynkcjach też zdawał się mieć bogatą historię. A może po prostu nie było czasu żeby pojechać do magazynu i pobrać nowy... Dróżnik postawił karbidową latarkę na ceglanym parapecie okna i odryglował korbę. Pędniowe druty nieznacznie jęknęły - i czerwono-białe drągi rogatek poczęły opadać przy akompaniamencie tępego, bladego dzwonienia gongów. Czekające po drugiej stronie drogi podpory przyjęły końce rogatkowych drągów niczym widełki staroświeckiego telefonu odkładaną na nie słuchawkę. Rzadkie „blim - blim - blim..." ucichło wraz z opadnięciem zapór, dróżnik wziął z parapetu latarkę i stanął przy korbie. Od strony stacji dochodziło coraz głośniejsze dudnienie rozpędzającego się pociągu, czarna sylweta o dwóch jaskrawych ślepiach zbliżała się wyrzucając z hukiem w mroczne już niebo kłęby czarnego dymu. Dróżnik podniósł latarkę i poruszył nią powoli w górę i w dół. Odpowiedzią był jękliwy, zawadiacko zakręcony gwizd parowozu. „Czterdziestka dziewiątka" minęła strażnicę, fala ciepła bijąca od kotła owiała twarz dróżnika. Jeszcze jasny łoskot czterech pulmanów serii Bhxz - i już dwie czerwone lampy końca pociągu stają się mniejsze i mniejsze, aż wraz z milknącym hałasem rozpływają się wśród wieczoru. Można otworzyć przejazd. Latarka na parapet i korba w drugą stronę. „Blim - blim - blim..." - i drągi nieruchomieją podniesione do pionu. Dróżnik bierze latarkę i odwraca się by wrócić do pomieszczenia, jednak jakiś ostatni zabłąkany grzmot oddalającej się burzy osadził go na miejscu i przeszył dreszczem. Głuchy huk znad dalekiego lasu przywołał tamte groźne dni, które następnie zmieniły się w lata spędzone w obcym, wrogim kraju, gdzie najbardziej deficytowa była... nadzieja. Nadeszło w końcu ocalenie - razem z coraz głośniejszą kwietniowo-majową kanonadą, której wszyscy słuchali wtedy jak najpiękniejszej muzyki. Potem długi powrót, odnalezienie ocalałej żony i decyzja o przyjeździe tutaj - gdzie potrzeba było wszystkiego i wszystkich. Z Oddziału Budynków otrzymali w użytkowanie dom - solidny, poniemiecki, szczęśliwie nie tknięty ręką dziejowej zawieruchy, stojący dokładnie naprzeciwko strażnicy, po drugiej stronie toru. Dróżnik spojrzał na czerniejącą w dogasającym zmierzchu znajomą sylwetę i głęboko odetchnął chłodem majowego wieczoru. Widok domu uspokoił go, był pewnikiem skromnej, ale godnej teraźniejszości okrywającej trudne wspomnienia. Blask jedynego oświetlonego okna rozlewał się na podwórko wydobywając z mroku studnię i budynek gospodarczy. Wokół domu bielały kwitnące właśnie grusze i jabłonie. Świeciło się w kuchni - Maria zapewne krzątała się przy kolacji. Była kasjerką na stacji, jutro wypada jej „dzień". Nie chodzili na służbę w tej samej zmianie - pies, kot i trochę drobiu wymaga obecności przynajmniej jednej osoby. Tak mijają lata, zbliża się emerytura na którą oboje czekają coraz niecierpliwiej...

Od strony stacji ktoś nadchodził, żwir na ścieżce wzdłuż toru miarowo chrzęścił w takt kroków. Człowiek z naftową lampą w ręce wszedł w krąg światła przejazdowej latarni i z rosnącym zdziwieniem obserwował zapatrzonego przed siebie dróżnika. Wreszcie powiedział:
 - Władek! Zamurowało cię czy co? Osobowy pojechał już dawno!
Dróżnik wzdrygnął się:
 - A, cześć Edziu. Tak się zamyśliłem jakoś... To przez te grzmoty...
 - Ciągle pamiętasz... Ja też. Tego już nie zapomnimy, takich przeżyć się nie da wymazać z pamięci. Możemy je najwyżej „obudować" czymś innym...
 - Wiem.
Mężczyźni przez moment popatrzyli sobie w oczy. Nie było potrzeby drążyć dalej tego tematu, znali już swoje krańcowo odmienne życiorysy. Edward szczęśliwie uniknął wywózki, przekombinował jakoś koszmarne lata i wraz z nastaniem pokoju przyjechał tutaj, na tę stację drugorzędnej kolei gdzie został zwrotniczym i jednocześnie zapalaczem latarń sygnałowych. Praca niezbyt ciężka, tyle że dużo chodzenia i cały czas na zewnątrz. Najgorzej w zimie, kiedy śnieg zawali wszystkie ścieżki przy torach a wiatr gasi co i rusz naftowe lampy. Szczęśliwie zima niedawno minęła, maj właśnie zaczyna rozkwitać mnogością kwiatów i zapachów, jeszcze tylko tradycyjni „chłodni ogrodnicy" i zacznie się dla kolejarzy przyjemniejszy czas...
Edward spojrzał na siwą smugę dymu nad kominem strażnicy i powiedział do dróżnika:
 - Widzę że rozpaliłeś jeszcze w piecu. Masz rację, ciepełko to podstawa. Wodę oczywiście nastawiłeś?
 - Oczywiście nastawiłem. U dobrego gospodarza jest wszystko na czas i na miejscu.
 - To ja oczywiście idę zapalić na tarczy i wracając wstąpię do ciebie.
 - Oczywiście Edziu, jak procedura to procedura. Kawa powinna zdążyć się zaparzyć. A jak nie zdąży to na nią poczekamy.
 - Otóż to.
Latarnik ruszył w kierunku odległej o kilkaset metrów tarczy ostrzegawczej a dróżnik wrócił do strażnicy. Powiesił na ścianie syczącą cicho karbidówkę i otworzył drzwiczki okrągłej żelaznej „kozy" na której stał czerwony emaliowany czajnik. Wrzucił kilka bryłek węgla. Kłębiące się wewnątrz pieca żółte płomienie sczerwieniały na chwilę i poczęły nieśmiało lizać świeże paliwo. Czajnik delikatnie zamruczał a po chwili rozszumiał się na całego. Dróżnik wyjął z biurka garnuszek i paczkę „Dobrzynki". Odmierzył łyżeczką potrzebną ilość kawowo-zbożowych paprochów i schował paczkę. Usiadł przy biurku i spojrzał w prawe okno. Niepozorne, blade naftowe światełko wędrowało właśnie wzdłuż niewidocznego już w ciemności słupa tarczy ostrzegawczej. Zatrzymało się i rozpoczęło swoją conocną służbę. Do przodu, ku nadjeżdżającym pociągom - świeciło przez kolorową przesłonę, pomarańczowo lub zielono, zależnie od nastawionego na tarczy sygnału. Do tyłu świeciło matowobiałym światłem kontrolnym, jakby mówiło „jestem, żyję, nic złego się nie dzieje". Tak co noc od kilkunastu już lat, odkąd linia po odbudowie powróciła do życia...
Z dziobka czajnika buchnął żwawy kłąb pary. Dróżnik zalał kawę, zasunął fajerkę i postawił garnuszek na piecu. Aromat świeżo zaparzanej zbożowej kawy napełnił strażnicę. Na zewnątrz, na żwirze przytorowej ścieżki zachrzęściły kroki. Za moment skrzypnęły otwierane drzwi i pojawił się w nich latarnik:
 - Ech, Władziu, do ciebie wstąpić to jak do azylu jakiegoś wejść. Niby maj już, ale noc chyba zimna będzie...
 - Co ty chcesz, przecież nawet „ogrodników" nie było jeszcze. Ciepło to po Świętym Janie dopiero będzie - dróżnik uśmiechnął się nieznacznie.
 - E tam, bywało i wcześniej - latarnik pogładził do tyłu swoją siwiejącą czuprynę i spojrzał w płomień stojącej na biurku naftowej lampy. - Chciałoby się więcej tego ciepełka a tu lato raz dwa minie i znów zimno i zimno...
 - Oj, marudzisz jak... - nie dokończywszy zdania dróżnik postawił na biurku dwa emaliowane kubki i przez druciane sitko zaczął nalewać do nich gorący ciemnobrązowy płyn. - Jak myślisz - kwiaty już nie pomarzną chyba?
 - Chyba już nie, szkoda by było bo obsypało jak nigdy. Może być dużo owocu - twarz Edwarda rozjaśniła się. - Przydałoby się, z zeszłorocznych gąsiorków prawie nic nie zostało...
 - Ciekawe dlaczego? - zapytał dróżnik filuternie mrużąc lewe oko, przez co okalająca je siatka zmarszczek stała się jeszcze bardziej wyraźna. - Ktoś ci wypił, czy co?
 - A wypił, wypił, nawet wiem kto! - latarnik zaśmiał się odsłaniając srebrną koronę na górnej czwórce. - Pewnie ty Władziu też wiesz, no nie?
 - Nooo... domyślam się - ze śmiechem odpowiedział dróżnik. Wzajemne odwiedziny były już ich przyjacielską tradycją. Lubili posiedzieć przy kieliszku „tego i owego" w domu albo w ogrodzie, raz u jednego, raz u drugiego. Ich żony też rade były takim spotkaniom. A że trzeba było z tej okazji przejechać pociągiem cztery przystanki - cóż to za problem?
Siorbiąc gorącą kawę gawędzili jeszcze przez kilkanaście minut. Potem latarnik poszedł z powrotem w stronę stacji a dróżnik wziął puste kubki i ruszył do kąta strażnicy, gdzie stało wiadro z wodą i miska. Umył kubki i postawił je na brzegu pieca. Zapowiadała się zupełnie zwyczajna noc, jakich wiele już przepracował. Po dwudziestej drugiej parzysty zbiorowy, o 23.17 ostatni nieparzysty osobowy i prawie do rana spokój, pierwszy parzysty osobowy dopiero o 4.16. No, chyba że jakiś dodatkowy będzie...
Wypogodziło się. Pomarańczowy księżyc wspinając się coraz wyżej i wyżej stawał się srebrny i jasny.

 

Noc

 

Dwa długie dzwonki telefonu przebrzmiały już siedemnaście minut temu. Na szlaku był parzysty zbiorowy - pociąg który pełznie od stacji do stacji, zostawia przeznaczone dla nich wagony i zabiera to co akurat jest gotowe do zabrania. Dróżnik odłożył książkę, wrzucił do pieca kolejnych kilka bryłek węgla i wyszedł na zewnątrz kierując się ku korbie. Opuścił rogatki i czekał. Kiedy nadciągająca z daleka plama światła rozdzieliła się na dwie - podniósł latarkę. Odpowiedzią było zwykłe, jednostajnie brzmiące gwizdnięcie. Widocznie maszynista towarowego nie miał takiej fantazji jak ten z wieczornego osobowego... Wjazd dla zbiorowego podany był „na bok", czyli „na dwa" - zatem maszynista oszczędzając pracę pomocnika wcześniej zamknął przepustnicę i poczciwy Ty2 toczył się z rozpędu nieznacznie klapiąc krzyżulcami. Hałas towarowych wagonów był zupełnie inny od rozpędzającego się osobowego - ten głos był bardziej „przysadzisty", czuło się i słyszało o wiele większy ciężar. Dróżnik liczył przejeżdżające wagony. Nie robił tego bynajmniej dla zabawy czy też z nudów - gdyby zauważył coś zagrażającego bezpieczeństwu, mógłby od razu zgłosić na którym dokładnie wagonie nastąpiła usterka. Tym razem nic złego się nie działo, ostatni wagon z dwiema czerwonymi lampami spokojnie oddalał się w stronę stacji, gdzie za kilka chwil rozpoczną się manewry - podstawianie i zabieranie wagonów. Dróżnik otworzywszy przejazd wrócił do strażnicy i ponownie postawił na piecu czajnik. Wsypał do garnuszka świeżą porcję „Dobrzynki" i sięgnął po leżącą na biurku książkę w czarnej okładce z emblematem „Klubu srebrnego klucza". Książka leżała grzbietem do góry i widać było tylną stronę okładki, gdzie na dwóch owalnych polach umieszczone były najciekawsze według wydawcy fragmenty tekstu. Jerzy Edigey - „Wagon pocztowy Gm38552". Przeczytawszy kilkanaście stron przerwał lekturę, gdyż z dziobka czajnika popłynął żwawy strumień pary. Jeszcze chwila i kolejna porcja kawy będzie gotowa. Dróżnik sięgnął po wiszącą na ścianie karbidówkę i potrząsnął nią. Karbid zagruchotał, woda zachlupotała - w porządku, będzie czym świecić. Siorbnąwszy kawy, wyszedł na zewnątrz oporządzić naftowe latarnie oświetlające przejazd. Owionął go zapach bzów i rosnących wzdłuż drogi kasztanowców, które rozkwitając stawały się podobne do gigantycznych żyrandoli z tysiącami kremowobiałych kwiatów-świec. Zapachy kwiatów połączone z kreozotową wonią podkładów tworzyły ciężki, duszny koktajl. Noc zrobiła się ciepła, chłód po przedwieczornej burzy nie trwał długo...
Od strony stacji dobiegało co i rusz krótkie, urywane „Fi!". To maszynista zbiorowego potwierdzał odebranie sygnału od nastawniczego czy też kierownika pociągu i ostrzegał uruchamiając tabor. Praca manewrowa trwała w najlepsze, rano zacznie się wyładunek podstawianych właśnie na tory ogólne wagonów. Potem, koło szesnastej, dzienny zbiorowy zabierze je do stacji rozrządowej, skąd zostaną wysłane do kolejnego miejsca naładunku. Tak co dzień i co noc...
Światło w kuchennym oknie zgasło i podwórko pogrążyło się w ciemności. Dróżnik przymknął oczy i uśmiechnął się nieznacznie pomyślawszy ciepło o żonie. Trwało to jednak tylko przez mgnienie - długie, natarczywe „trrrrlilililili..." przywołało go do rzeczywistości. Ze stacji odjeżdżał ostatni wieczorny osobowy. Parowóz zbliżał się żwawo, odpowiedzią na uniesioną karbidówkę było zwięzłe, można by rzec - dyskretne „Fi-i!". Maszynista-dżentelmen nie chciał robić dużego hałasu. Pora wszak była już późna, większość mieszkańców miejscowości pogrążyła się w nocnym odpoczynku. Sznureczek żółto oświetlonych okien wraz z łoskotem kół i lampami końca pociągu oddalał się, zmniejszał, wreszcie zniknął i ucichł. Zaczynała się najspokojniejsza zwykle część nocy. Dróżnik otworzywszy przejazd wrócił do strażnicy i zgasił karbidówkę. Nie ma sensu trzymać jej zapalonej aż do czwartej rano. Siorbnął łyk chłodnej już kawy i odetchnął głęboko. Coś jednak nie dawało mu spokoju...

 

Nad ranem

 

„Trrlli -trrrrlilililili - trrlli - trrrrlilililili - trrlli - trrrrlilililili!"
Dróżnik, przydrzemujący dotąd nad otwartą książką, ocknął się i odruchowo spojrzał na zegar. Trzecia trzydzieści. Chwycił słuchawkę i zgłosił się na wezwanie. „Krótki - długi - krótki - długi - krótki - długi" - czyli wywołanie wszystkich dróżników przejazdowych. Odezwał się zaaferowany głos dyżurnego ruchu:
 - Dzwonił odcinkowy, może być silna burza w naszym rejonie. Bądźcie czujni i ostrożni.
Więc to stąd ten niepokój - pomyślał dróżnik. Spojrzał w okno - obie przejazdowe latarnie świeciły równym, spokojnym płomieniem. Spojrzał w drugie - wsteczne światło tarczy ostrzegawczej pełgało w oddali jak zwykle. Do osobowego jeszcze czterdzieści pięć minut. Sięgnął po książkę, ale czytanie jakoś już mu nie szło. Siorbnął kawy i wzdrygnął się - była już zupełnie zimna. Zdjął z wieszaka karbidówkę, dolał wody i zapalił. Wyszedł na zewnątrz. Cisza nocy wypełniona zapachem bzów i kasztanowców była aż gęsta, niemalże lepiła się do twarzy. Po wieczornym chłodzie nie było śladu. Popatrzył na majaczącą w ciemności sylwetkę domu. Maria sypiała dobrze, miała przed sobą jeszcze trzy godziny snu. Odwrócił się by wejść do strażnicy i wtedy na północnym wschodzie zamigotała nad lasem biało-różowa łuna oświetlając czarną, zębatą linię wierzchołków drzew. Minęło dziesięć, może dwanaście sekund - i głuchy, basowy łomot przetoczył się po nocnym niebie tam i z powrotem, dzielił się na mniejsze łomoty jak pękające kamienie lawiny, odbił się od horyzontu i ucichł. Preludium walki żywiołów zostało odegrane.
Dróżnik poczuł na twarzy powiew wiatru, najprzód ledwo dostrzegalny, potem silniejszy. Dorodne już liście drzew rozpoczęły swoją szumiącą gędźbę. Nad lasem zajaśniała następna łuna a grzmot zbiegł się z dwoma długimi sygnałami dzwonka telefonu. Osobowy był już na szlaku. Jechał planowo, burza nadciągała z boku więc nie poczyniła szkód na linii - przynajmniej na razie...
Od strony stacji zbliżało się wzdłuż toru rozkołysane światło karbidowej latarki. Jeszcze chwila i dał się słyszeć chrzęst pośpiesznych kroków na żwirowej ścieżce. Latarnik z bańką nafty w jednej i latarką w drugiej ręce zatrzymał się przy strażnicy:
 - Ale polewka się szykuje! Wali jak diabli. Oporządzę tarczę i pewnie przeczekam u ciebie do rana.
Edward zawsze zostawiał tę tarczę na koniec obchodu żeby wracając pogadać z przyjacielem. Chwycił bańkę i ruszył dalej ścieżką wzdłuż toru przyświecając sobie latarką. Na niebie wykwitła już nie łuna, lecz oślepiająca zygzakowata kresa. Zaraz po niej zagrzmiało potężnie. Burza była już blisko. Dróżnik wszedł do strażnicy, rozdmuchał żarzące się w piecu węgle i dorzucił trochę drewna. Żółte płomyki zaczęły skakać po szczapach, dróżnik odsunął fajerkę i postawił na piecu czajnik. Edek chyba nie zdąży wrócić przed deszczem, przyjdzie zmoknięty to chociaż kawy gorącej łyknie...
Pierwsze ogromne krople plasnęły w okna. Za chwilę po szybach płynęły strumienie wody. Trzeba już zamknąć przejazd... Dróżnik narzucił służbową pelerynę i wyszedł do korby. Rogatki przy akompaniamencie gongów, błyskawic, grzmotów i ulewy powędrowały w dół. W świetle kolejnego błysku dróżnik dostrzegł przy tarczy ostrzegawczej skuloną postać latarnika. Punkcik wstecznego światła zniknął, widocznie Edward dolewał nafty i zapalał lampę na nowo. Dróżnik wszedł do strażnicy i stanął przy oknie. Do osobowego jeszcze dwie minuty, nie ma sensu moknąć, wyjdzie jak pokażą się światła parowozu. Przez rozmazaną deszczem szybę dostrzegł jak maleńki świetlny punkcik wędruje do góry wzdłuż słupa tarczy. Czajnik na piecu zaczął mruczeć. Dał się słyszeć przeciągły gwizd parowozu. Zapewne mijał właśnie wskaźnik W6a i podawał „Baczność". Dróżnik wziął latarkę i stanął przy korbie wśród szalejącej ulewy. Pojawiły się czołowe światła parowozu, maszynista ponowił sygnał gwizdawką - lecz to już nie było zwykłe „Baczność". Opętańczy gwizd trwał i trwał, zdawałoby się - bez końca. Wtem ucichł - a dróżnik wśród nawałnicy usłyszał pisk klocków hamulcowych. Nie zdążył pomyśleć, dlaczego pociąg się zatrzymuje, kiedy gwizd parowozu ponownie rozległ się wśród odgłosów burzy. Długi - trzy krótkie... Długi - trzy krótkie... Długi - trzy krótkie... Alarm! Dróżnik rzucił się do strażnicy i korbką telefonu wykręcił ten sam sygnał. Krzyknął dyżurnemu:
 - Osobowy podaje „Alarm!" Idę do niego.
Burza i ulewa nie miały już znaczenia. Chwycił karbidówkę i biegł potykając się na kamieniach tłucznia leżących tu i ówdzie na ścieżce. Nie dotarł jednak do pociągu - naprzeciw niemu biegł, tak samo potykając się, kierownik pociągu. Krzyczał już z dala:
 - Śmiertelny! Z człowiekiem! Śmiertelny...
 - Zrozumiałem!
Dróżnik machnął latarką na potwierdzenie i zawrócił do strażnicy. Wykręcił „dwa krótkie" i zameldował dyżurnemu:
 - Osobowy ma wypadek z człowiekiem. Śmiertelny. Stoi przy tarczy ostrzegawczej.
 - Przyjąłem, zgłaszam komu trzeba.
Dróżnik odłożył słuchawkę i dopiero teraz pociemniało mu w oczach. Przy tarczy ostrzegawczej... Przecież tam mógł być tylko jeden człowiek - i on dobrze wiedział kto to był. Widocznie Edek uciekając przed deszczem potknął się tak nieszczęśliwie, że upadł na tor...

 

Zakończenie

 

SM42 prowadząca dwie ładowne węglarki powoli zbliżała się do przejazdu. Majowe słońce świeciło ostro, świeża wiosenna zieleń szalała. Wśród trawiastego dywanu ledwo znać było szyny - tylko nieznacznie przetarte przez jeżdżącą dwa-trzy razy na tydzień zdawkę. Linia stała się właściwie bocznicą - wszystkie posterunki ruchu zamknięto. Nużąca była ta jazda „noga za nogą" przez ponad dwie godziny...
Kiedy przód lokomotywy był akurat na środku przejazdu - zbił zawór biegu luzem sprężarki. Strumień sprężonego powietrza dmuchnął w ziemię i wzbił ogromny tuman pyłu, który z wolna zaczął osiadać na kępach łubinu, dorodnej lebiodzie i prawie metrowych pokrzywach porastających kupkę zmurszałych cegieł - jedyną pozostałość po strażnicy dwudziestej piątej. Przypatrywali się temu dwaj niemi świadkowie - mocno przyrdzewiałe wskaźniki W9 postawione tu kiedy zdjęto obsługę przejazdu ograniczając jednocześnie szybkość pociągów do 20 km na godzinę. Obecnie nie miały one już sensu, bowiem na całej trasie obniżono szybkość właśnie do dwudziestu...
Miarowy turkot sprężarki połączony z jękliwym skrzypieniem ładownych Eaos-ów oddalał się, cichł, wreszcie zamilkł zupełnie. Po drugiej stronie toru kilka zdziczałych jabłoni osłaniało swymi liśćmi i kwiatami szczerbate mury pozbawione okien i dachu - resztki domu Starego Dróżnika...

komentarze (13) | dodaj komentarz

Wels

poniedziałek, 05 maja 2008 23:24

Pierwsze grube krople deszczu spadające z szybko zaciągającej niebo burzowej chmury kazały jeszcze bardziej przyśpieszyć i tak już żwawy marsz. Zbawienne wrota hali lokomotywowni są coraz bliżej, osiągam je w przysłowiowej ostatniej chwili, kiedy w górze już rozpoczyna się taniec żywiołów. Jeszcze schody na piętro i jestem u dyspozytora.
- Cześć!
- A, cześć Marku, cześć. Ty jedziesz... Ty jedziesz... - dyspozytor szeleści ogromnymi kartkami swojej „księgi wieczystej” w której zapisane są numery taboru i maszyniści rozpoczynajacy służbę – jedziesz... no gdzież ty jesteś?
- Stoję tutaj obok ciebie. 42/43 jadę. Na 1240 będą jednostki z 9821 czy coś świeżego dajesz?
- Dam ci świeże, 1660 i 1739. Tu za halą stoją, tylko połączyć trzeba
- O, dzięki ci dobry człowieku!

Wędrówka wśród ulewy na któryś z najdalszych torów postojowych na pewno nie należałaby do przyjemności. Kiedy deszcz zelżał, idziemy z manewrowym połączyć tabor. Lekki dojazd, „chlap!” - i samoczynne sprzęgi połączone. Teraz ręcznie otwieramy krany powietrzne i łączymy „klawiatury” - elektryczne sprzęgi sterowania wielokrotnego. Skład pociągu do Dęblina został zestawiony. Mam jeszcze dwie godziny do odjazdu. Nieśpiesznie zaczynam sprawdzać tabor. Pantografy w dół – i uruchomienie od początku. Do góry – po chwili wskazówka woltomierza powędrowała na 3000V. Wyłącznik szybki – lampka kontrolna gaśnie. Przetwornica główna – lampka gaśnie. Sprężarka – widać wahnięcie woltomierza niskiego napięcia i ciśnienie powietrza w zbiorniku głównym zaczyna rosnąć. Przetwornica oświetleniowa – świetlówki napełniają pociąg światłem i piskiem. Na razie wszystko w porządku, zobaczymy jeszcze sterowanie drzwiami. Lewa strona – „tschlfffff-gh”. Rozsuwające się skrzydła drzwi wydaja mniej więcej taki, nie bardzo możliwy do słownego opisania odgłos. Zamykanie - „pssss... hghhhhhh-gh”. Teraz prawa strona. Otwieranie - „ck!”

Ten odgłos zna pewnie każdy maszynista. Niepozorne, ledwo słyszalne „ck!” pod pulpitem. Wtedy myśli od razu zaczynają krążyć szybciej. To dźwięk wyzwalania welsa – automatycznego bezpiecznika. Wyzwolił wels – czyli powstało zwarcie. Czyli usterka, postój na szlaku, usiłowanie naprawy... Jednym słowem – służba z problemami. Ja na szczęście jestem jeszcze w lokomotywowni. Idę do drugiej czołowej kabiny – ta sama usterka. Wyrzuca wels... oświetlenia. Co ma piernik do wiatraka? Zaczynam podejrzewać że przyczyną usterki może być zła współpraca klawiatur. Idę na warsztat i „nagrywam” sprawę elektrykom. Przyszli, patrzą, deliberują... Wreszcie decyzja: tak, to klawiatury. Trzeba „rozjechać” jednostki i połączyć drugimi końcami. A ja już zdążyłem rozgościć się w kabinie, nastawić tablice, sprawdzić radiotelefony... Wszystko trzeba będzie zrobić jeszcze raz, do tego wzmagając nieco ruchy – do odjazdu coraz bliżej. O 20.07 zgodnie z rozkładem wyjeżdżam z Ochoty Postojowej. Burza minęła, wpadający przez okno zapach odświeżonych deszczem Lasów Celestynowskich działa jak ożywcza kąpiel. W Woli Rowskiej nocny koncert żab na mokradłach tuż koło przystanku. W niższych miejscach szlaku wąskimi pasmami snuje się zwiewna wiosenna mgła. Podróż przez uśpiony świat...

Rano w Augustówce wyśpiewuje wilga. Niewidzialna, schowana w gęstwie drzew, niestrudzenie głosi wszem i wobec pochwałę rodzącego się nowego dnia. Ciekaw jestem czy podróżni też są tak radośni – po długim majowym weekendzie właśnie jadą do pracy...

Warszawa Zachodnia, pięć po ósmej. „21343 – odjazd!” Zmiennik rozpoczął pracę – pojechał do Skierniewic. Czerwone lampy końcowe maleją kiwając się na rozjazdach, służba minęła bez usterek. Za siedem minut mam z Woli pociąg do domu.

W torach na potęgę kwitnie żółto starzec zwyczajny (senecio vulgaris)...

komentarze (0) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


Kalendarz

« maj »
pn wt śr cz pt sb nd
   01020304
05060708091011
12131415161718
19202122232425
262728293031 

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

O moim bloogu

Przeżycia i wspomnienia ze szlaku... a może i nie tylko ze szlaku...

O mnie

Witam! Marek jestem, z Legionowa koło Warszawy. Zawodowo - maszynista Kolei Mazowieckich; niezawodowo - trochę fotograf, trochę marzyciel, trochę "leśny ludzik"...
Prawdopodobnie zawitają tu również nie-kolejarze, jeśli zatem jakieś sformułowanie będzie niezrozumiałe - zapraszam do korespondencji: marek.leg@gmail.com

Księga Gości

Ostatni wpis w księdze:

  • data: 20.03.2010 18:55:16
  • autor: nelka778
  • treść: superowy bloog życzę...

Statystyki

Odwiedziny: 259189
Wpisy
  • liczba: 150
  • komentarze: 785
Galerie
  • liczba zdjęć: 227
  • komentarze: 130
Księga gości: 140
Punkty konkursowe: 1702
Bloog istnieje od: 1141 dni

Konkursy i nagrody

Ostatnio przyznana nagroda:

  • data: 16.02.2010 10:03:52
  • autor: wojtech
  • punkty: 100
  • treść: Naprawde ciekawy blo...