Po pracowitym styczniu otrzymałem miły prezent - urlop. Dwa tygodnie w domowym zaciszu, podczas gdy na zewnątrz rozpaćkana pseudo-zima. Oglądanie starych kolejowych zdjęć i tęsknota za prawdziwą zimą - taką z dawnych lat - podsyciły moją wyobraźnię na tyle, że powstała "Opowieść zimowa". Można ją przeczytać w dziale "Opowieści maszynisty". Ech, gdzie te dawne, poczciwe czasy...
Nadszedł jednak 15 lutego czyli dzień powrotu do kolejowej rzeczywistości. Na "rozgrzewkę" przypadł mi pociąg 1243 do Dęblina. Świat ponownie pobielał - dwa dni temu wróciła zima. Na pogodnym niebie ostatnie blaski gasnącego zachodu zwiastują mroźną noc. Pora iść na stację...
Lektura leżącej na stole w "brechałce" książki powiadomień jest szybka - szczęśliwie pod moją nieobecność prawie nic nie przybyło. Kilka podpisów w książce pokwitowań, kilka skreśleń w Wykazie Ostrzeżeń Stałych - i jestem "na bieżąco". Można iść na tabor...
"Mój" pociąg stoi na torze 134. Standardowe dwie EN57 - 1716 i 1763. Skład jest gotowy do drogi, przygotował go maszynista z Dęblina, który właśnie kończy służbę i będzie razem ze mną wracał do domu "pasażerem". Zapowiada się spokojna, "koleżeńska" jazda - i tak jest w istocie. W niedzielny wieczór podróżnych jest niewielu, wsiadanie i wysiadanie idzie sprawnie, podążamy więc z iście indiańską punktualnością przez mroczny, zaśnieżony świat, gwarząc - no - o czym? Oczywiście! - o starych, dobrych czasach, kiedy to byliśmy młodsi, żwawsi a wszystko dokoła też było jakieś takie inne. Chyba sympatyczniejsze...
O 22.36 planowo docieramy do Dęblina. Pan Waldek idzie do domu a ja z pomocą rewidenta rozłączam jednostki. Jutro przez cały dzień będą się one pojedyńczo krzątać na trasie Dęblin - Radom. Na pociąg powrotny 2120 wyznaczony jest inny tabor - EN57-1232 i EN57-1698. To pierwszy pociąg w kierunku Warszawy - odjazd o 3.10. Środek nocy, ale jest nieco chętnych do podróży. Jak się niedługo okaże - dobrze że jest ich niezbyt wielu...
Po kilku przystankach kierownik zauważa, że ludzie przesiadają się z drugiej jednostki do pierwszej. Zimową porą to może oznaczać tylko jedno: zimno! Na pierwszej jednostce ogrzewanie działa bez zastrzeżeń, druga nie grzeje. Widocznie przepalił się bezpiecznik WN. Bywa. No nic - W Czachówku Południowym jest 40 minut postoju, wymienię bezpiecznik i tyle. Szczęśliwie obyło się bez awantury, bo wszyscy zmieścili się do pierwszej, ciepłej jednostki.
Zmieniwszy kabinę w Czachówku uruchamiam sterowanie z drugiej strony i idę wymieniać bezpiecznik ogrzewania. Wystarczy do tego "opuścić" tylko jedną jednostkę - zrobię to lokalnie z szafki NN, druga jednostka niech pracuje i się grzeje. Dlatego właśnie uruchomiłem sterowanie z pulpitu.
Zapasowy bezpiecznik WN ogrzewania pociągu okazuje się być przepalony. A niechże cię... Idę do drugiej jednostki. Jest. Dobry. Wracam na pierwszą. Przekaźnik rozrządu przetwornicy oświetleniowej - stop. Przekaźnik rozrządu przetwornicy głównej - stop. Maszyny umilkły, zrobiło się cicho i w tej ciszy wyraźnie słychać... charakterystyczne "stękanie" rozgrzewających się grzejników! Macam jeden, drugi, piąty - ciepłe. No żesz ty... Dobra, grzeje - to grzeje, zamiast mocować się z otwieraniem szafy aparatowej WN wolę zjeść śniadanie bo czas już na to najwyższy - dochodzi siódma rano.
7.03 - odjazd. Pociąg 9150 do Warszawy Wschodniej. Niedaleko - raptem 40 kilometrów. No i dobrze że tylko tyle...
- Mechanik, teraz na tamtej znów zimno się robi - oznajmił kierownik pociągu wróciwszy z kontroli biletów.
O masz... To znaczy że nie ma przejścia na "klawiaturze" - elektrycznym sprzęgu między jednostkami. Dlatego grzeje zawsze tylko pierwsza jednostka w kierunku jazdy. Widocznie ułamała się sprężyna palca stykowego i nie dolegają styki sterowania wielokrotnego ogrzewaniem pociągu. To jest robota dla warsztatu. Na stacji zwrotnej jedyną radą jest wtedy "rozjechanie" jednostek i połączenie ich drugimi końcami, czyli zamiana kolejności w składzie. Nie ma dużego mrozu, więc jakoś się dojedzie... Znów szczęśliwie obyło się bez awantury...
Na Wschodniej przekazuję zjeżdżającemu na Grochów zmiennikowi "co i jak". Pierwsza służba po urlopie dobiegła końca. Teraz marsz na Targową do tramwaju i jazda przez warszawski poranek do Ronda Starzyńskiego. Przystanek "Warszawa ZOO" i dwadzieścia minut czekania w towarzystwie mroźnego wiatru znad Wisły. W porównaniu z nim wnętrze EN57-038 czyli pociągu 6623 jest takie zaciszne i ciepłe... Głowa mimowolnie "leci" ku ścianie przedziału. Wagon skrzypi, trzeszczy, silniki trakcyjne mruczą, śpiewają, wyją...
Budzę się na rozjazdach Legionowa. Jakoś szczęśliwie jeszcze ani razu nie zaspałem...
BIMM - BOMMM!!!
„Pociąg ze Skierniewic do Warszawy Wschodniej wjeżdża na tor dwudziesty drugi przy peronie drugim."
Blade, wczesne grudniowe popołudnie. Warszawa Zachodnia, 13.55. Dawno nie zaczynałem pracy o takiej porze. Kiedyś, jeszcze na Odolanach, właśnie po południu zaczynała się większość służb. O 14.03 było objęcie na pociąg 1807 „Słupia", jakoś po piętnastej wyjeżdżało się na Główną Osobową do pociągu pocztowo-bagażowego 18909 noszącego potoczną nazwę „Lopek" (to zdrobnienie od imienia Leopold, najstarsi kolejarze nie wiedzą dlaczego „utarła się" ta właśnie nazwa), w tym samym mniej więcej czasie w Czachówku Środkowym była zmiana maszynistów na „prawosławnym" pociągu tranzytowym numer 17802. Również po piętnastej wyjeżdżało się na „Kaszuba", czyli pociąg 1503 do Gdyni. Stare, porządne czasy - przyjęcie służby „na szopie", jazda „tam", spanie, powrót i koniec „na szopie". Tak się kiedyś pracowało...
Zza łuku przy Ochocie Postojowej wyłania się zapowiadany pociąg 9220. Jak zwykle - dwie EN57. Wagony mocno kołyszą się na boki, prawie ocierają o peron. Tor 22 domaga się rychłej wymiany. Wsiadam i na „dzień dobry" dowiaduję się od zmiennika że jednostka 1577 ma odłączoną jedną parę silników trakcyjnych. Druga - 1578 - sprawna. Trudno, zdarza się. Sześć silników to nie osiem, ale można jechać. 13.58 - odjazd. Zaczyna się krótka, ośmiogodzinna służba. Najpierw pociągiem 9221 na Grochów. Tu trzydzieści minut postoju. Można wpisać się do książek pokładowych i wypełnić wykaz pracy. Zjawia się ekipa sprzątająca i rewident. Po zmianie rozkładu jazdy przejścia składów skróciły się, wymaga to od wszystkich żwawszego działania. Tuż po piętnastej odjazd. Na tablicach kierunkowych - Łowicz Główny. Krótki grudniowy dzień kończy się, nad panoramą Warszawy widzianą z górki koło Podskarbińskiej tylko prześwietlone chmury oznajmiają położenie słońca chylącego się ku zachodowi. Włączam oświetlenie pociągu - świetlówki odpowiedziały znajomym, niepozornym piskiem. Na peronach Wschodniej świecą już latarnie. „Chyli się dzień do kresu" - jak śpiewał kiedyś Wojciech Bellon z Wolną Grupą Bukowina. Zjawia się kierownik pociągu i kancelista z rozkazem szczególnym. Pociąg jest gotowy do drogi a ja wiem już że do Łowicza nie przyjadę planowo. Odłączona para silników odczuwalnie obniża osiągi na szlaku. Do tego pora powrotów z pracy, więc niektóre postoje zapewne wydłużą się ponad rozkładowe pół minuty. 15.28 - odjazd! Przetok, szeregowa - rozruch jest wyraźnie wolniejszy. W dole zakorkowana jak co dzień Targowa. Na Stadionie jeszcze niezbyt wielu chętnych, ale na Powiślu już „niczego sobie"... Na Śródmieściu „czarno" po obu stronach toru. Mrowie. Wsiadają, wsiadają, wsiadają... „Lewa strona - gotów!". No, nareszcie. „Prawa - gotów, odjazd!". Przetok, szeregowa. Szybkościomierz mozolnie wspina się do 30km/godz. Równoległa. Kiedy jedna jednostka ma odłączoną parę silników nie można długo jechać na „szeregu", trzeba przejść na układ równoległy żeby wszystkie silniki pracowały przy jednakowym napięciu. Do Ochoty ledwo udaje się osiągnąć rozkładowe 60 kilometrów na godzinę i już trzeba hamować. Kolejny peron pełen podróżnych. Na Zachodniej też stoimy i stoimy... Patrzę w rozkład - jest dwie minuty później. Tak jest na większości pociągów kursujących w godzinach szczytu - czy to rano do Warszawy czy po południu z Warszawy.
Na Włochach ostatnia duża „porcja" wsiadających. Dalej będzie tylko mniejsze bądź większe wysiadanie. Ale w Ożarowie także czeka spory tłumek. Robi się trzy minuty później. Płochocin i Błonie - pierwsze duże grupy wysiadających. Cztery minuty później. Ściemniło się już zupełnie. Tylko latarnie i oświetlone okna znaczą drogi powrotne do domów. Ludzie żwawo podążają swymi codziennymi ścieżkami. Lubię oglądać takie popołudniowo-wieczorne widoki, zwłaszcza w najmniejszych miejscowościach. Dymy nad kominami zwiastują ciepły posiłek i odpoczynek w zaciszu pokoju, chłodny blask rtęciowych latarni wzdłuż wiejskiej drogi uspokaja dając poczucie bycia „u siebie". Pisk klocków hamulcowych zatrzymującego się pociągu oznajmia wszystkim czekającym szczęśliwy powrót bliskich...
Teresin wita mnie dwoma pomarańczowymi światłami - wjeżdżamy „na bok" i przepuszczamy jakiś ekspres. Planowo powinno to się odbyć w Sochaczewie, ale mam już pięć minut opóźnienia. Przepuszczanie w Teresinie dokłada drugie pięć. Ale za to nie będziemy stać w Sochaczewie...
Ekspres szybko zwolnił odstęp i dostajemy wyjazd. Stacja Teresin i klasztor w Niepokalanowie zostają z tyłu. Po lewej stronie zakłady zbożowe „Szymanów". Przyprowadzałem tu kiedyś wagony ze zbożem jeżdżąc na manewrach w Błoniu na SM42-483. Tory zdawcze młyna nie zmieniły się od tamtych lat, tylko waga wagonowa wygląda na nieczynną...
W Sochaczewie skracamy postój - z dziesięciu minut opóźnienia zostają trzy. Do Łowicza wpada jeszcze jedna - wszak każdy rozruch jest wydłużony. O siedemnastej czternaście pociąg 413 kończy bieg w Łowiczu Głównym. Zjazd w tory postojowe, przejście do drugiej kabiny, próba hamulca i prawie natychmiast ponowny wyjazd w perony. Pociąg 9420 odjeżdża o siedemnastej trzydzieści osiem. Mniej więcej o tej porze odjeżdżała kiedyś z Łowicza legendarna „Ziemia Łowicka" - pociąg służbowy dowożący kolejarzy do Warszawy Głównej Towarowej. Dwie jednostki pełne manewrowych, rewidentów, ustawiaczy, odprawiaczy, rzemieślników i kogo tam jeszcze... Mniej więcej o tej porze wracałem z jazdy „za pilota" połączonej z pamiętnym marszem na skróty z Łowicza Przedmieścia (pisałem o tym w notatce „Łowickie reminiscencje"). Wtedy też był grudzień, tyle że śnieżny. Jak te lata lecą...
W Bednarach „na bok" - przepuszczamy pośpieszny, który jest nieco opóźniony. Postój wydłuża się o dwie minuty. Nie będę tego nadrabiać - hołduję zasadzie „jeśli jedna jednostka kuleje, to należy tym bardziej oszczędzać tę sprawną". W pociągu pustawo, niewielu chętnych na podróż do Warszawy. Błonie także „na bok" - następny pośpieszny i następne dwie minuty. Widocznie gdzieś tam „w świecie szerokim" są jakieś zakłócenia i wszystkie pociągi od Poznania jadą później. Warszawa Włochy dokłada następne dwie minuty - przyjechałem równocześnie z pociągiem z Grodziska, ale tamten jedzie pierwszy. Zachodnia wyprawia przede mną pociąg do Dęblina - kolejne dwie minuty. Do Wschodniej łącznie osiem minut później. Zjazd na Grochów, oddać klucze, oddać wykaz - i do domu...
Lato niepostrzeżenie skończyło się. Muszę przyznać że jestem z tego rad - upał i nadgodziny to wybitnie męczące połączenie. Wrześniowy urlop minął również niepostrzeżenie - ale z tego faktu już rad nie jestem. W październiku znów nadgodziny - do roboty i spać, do roboty i spać, do roboty i spać...
Listopadowy wieczór zaczyna się wcześnie. O 16.40 ostatnie zorze znikają za horyzontem. Powietrze pachnie opadłymi liśćmi. Okrągły księżyc wspina się coraz wyżej i wyżej, jego twarz okolona jest puchatą „czapą". Zanosi się na przymrozek a już prawie na pewno na nocną mgłę. Wszak to pełnia mgielnego sezonu...
Na placu przed legionowskim dworcem czeka autobus kolejowej komunikacji zastępczej. Dojazd do pracy jest coraz gorszy, końca remontu nie widać, linia do Nasielska coraz bardziej rozkopana, prace trwają na wszystkich stacjach równocześnie. Legionowo i Nowy Dwór Mazowiecki to w tej chwili tylko mijanki. Z Warszawy Pragi do Legionowa ruch jednotorowy, z Chotomowa do Modlina również. Pociąg z Iłowa kończy bieg w Legionowie, zmienia kierunek i jedzie do Tłuszcza przez Radzymin. Podróżni jadący do Warszawy zapełniają autobus. 17.15 - odjazd. Niemal natychmiast okazuje się, że wyjechanie przegubowym „Ikarusem" z ciasnego dworcowego podjazdu nie jest wcale takie proste - kierowca „łamie się" do skrętu dwa razy, maksymalnie zgięty przegub wozu trzeszczy ostrzegawczo. Jedynka - wsteczny, jedynka - wsteczny... Udało się. Pamiętający chyba ostatnią dekadę socjalizmu poczciwy „lewar" numer 2361 włącza się dzięki uprzejmości innych kierowców w nurt ruchu legionowskich ulic. Grzechoczą przesuwne szyby okien, skrzypi gumowa harmonia przegubu, wyślizgane do granic możliwości sprzęgło szarpie przy ruszaniu. Żółte światło lamp oświetlenia wnętrza to jaśnieje, to ciemnieje w zależności od zmieniających się obrotów silnika. Cała ta sceneria zaczyna mi przypominać moje dawne dojazdy do Technikum Kolejowego a zwłaszcza powroty do domu po ośmiu lekcjach albo po drugiej zmianie warsztatów. Takie same wczesne wieczory, ten sam grzechot szyb i szarpiące sprzęgła w autobusach linii 167. To było już prawie trzydzieści lat temu...
Po półtoragodzinnej jeździe docieramy do przystanku Warszawa Wola. Marsz przez tory na Ochotę Postojową - i zaczyna się kolejna nocna krzątanina. Najpierw przyjmuję EN57-1662 i EN57-1748 i wyprowadzam je na Zachodnią jako pociąg 1241. Tu przychodzi zmiennik który pojedzie tym pociągiem do Dęblina. Kilka zdań koleżeńskiej rozmowy i krótkie „cześć, cześć, zielonej". Pociąg odjeżdża a ja przechodzę z peronu drugiego na trzeci. Osiem minut czekania i zjawia się 9724 z Tłuszcza złożony z EN57-1616 i EN57-1652. Zjeżdżam nim z powrotem na Ochotę. Teraz dwie godziny pogotowia bez pojazdu, czyli czas na „odrabianie lekcji" - wykazy pracy, poprawki do wykazu ostrzeżeń stałych, telewizor w pokoju oczekiwań... O 22.40 koniec lenistwa, trzeba iść na tor 136 i jechać jako pasażer na Wschodnią pociągiem 521. Tu dwadzieścia minut czekania, które zaczyna być odczuwalne - nocne zimno wciska się coraz natarczywiej pod kurtkę i mundur. Chyba trzeba będzie wyciągnąć z szafy podpinkę... Księżyc wspiął się już wysoko stając się podobny do ogromnej rtęciowej lampy. Piękna, pogodna pełnia,ale powietrze coraz bardziej mętne. Mgła pewna jak w banku a rano czeka mnie „rundka" do Skierniewic. Na łąkach przed Brwinowem może być „tak sobie"...
O 23.52 zjawia się pociąg 9520 z Otwocka. Zmiennik poczeka osiem minut i pojedzie „pasażerem" do Mińska po pociąg 9802 a ja obejmuję pojedyńczą EN57-1716. Odjazd! Późny wieczór i usypiająca pomału Warszawa. Pusto w pociągu i pusto na peronach. Jakoś tak niemiło i smętnie. Dawniej na Wschodniej około północy w najlepsze tętniło życie - 1841 do Kołobrzegu, 1411 do Kędzierzyna, 1413 do Bielska Białej, 1511 do Gdyni, 1211 do Bełżca, ostatni do Otwocka, ostatni do Sochaczewa, ostatni do Skierniewic, przyjeżdżał 61102 „Sudety", „Solina" z Przemyśla, osobowy z Łodzi Fabrycznej do Suwałk i Gołdapi... Perony drgające podnieceniem podróżnych, tupot bieganiny w poszukiwaniu wolnych miejsc, pogłos megafonowych komunikatów, zielone oczko latarki dyżurnej peronowej, trzask domykanych drzwi, machające na pożegnanie dłonie... Gdzie się podziało to wszystko?
W dole błyszcząca od samochodowych świateł Targowa. Ostatnie albo jedno z ostatnich „26" stoi przy Kijowskiej pod światłami. Kiedyś mój „macierzysty" tramwaj do domu, na Wolę... Pusty przystanek Warszawa Stadion. Huk mostu średnicowego. Zaraz za mostem po prawej stronie ciemny od lat neon „Teatr Ateneum". Ten ciemnoniebieski napis od zawsze obwieszczał mi bliski już koniec podróży czy służby. Szkoda że nie świeci - zapewne teatr jest zbyt biedny. Nie ma widzów - nie ma dochodu. Nie chodzimy do teatru. Nie mamy czasu, nie chce nam się...
Powiśle puste, Śródmieście puste. Nic dziwnego - nie będzie już dziś pociągu „w drogę", przyjedzie tylko jeszcze ostatni z Siedlec i ostatni ze Skierniewic. Minęła północ, zrobił się piątek 14 listopada. Kończy się moje wieczorne „zwiedzanie Warszawy" - jak z przekąsem nazywamy taką krzątaninę po węźle. EN57-1716 staje na przegląd. Powoli wjeżdżam na kanał hali przeglądowo-naprawczej. Tabor trzeba ustawić niemalże „do centymetra" - kanał jest tylko nieco dłuższy od jednostki. Gaśnie oświetlenie, cichnie wyłączona przetwornica, opadają pantografy. Dyspozytor przydziela mi teraz EN57-1736 i EN57-1756. O 3.55 wyjazd na Wschodnią jako pociąg służbowy 0203. Przysłowiowy „pociąg-widmo" przemykający bez zatrzymania przez puste przystanki. Obrót, czyli zmiana kabiny, próba hamulca i o 4.26 odjazd do Skierniewic jako pociąg 203. Jakoś dziwnie nie lubię tego pociągu. Zapewne dlatego, że trafiło mi się na nim już kilka wydarzeń. Było pomazanie jednostki przez wandali na torach postojowych, było odłączanie uszkodzonej pary silników, było zacięcie nawrotnika i brak sterowania jednej jednostki, było spychanie uszkodzonego pociągu 201 z Międzyborowa do Żyrardowa... Może już wystarczy tego dobrego?...
Ruszam z Powiśla i rzuciwszy okiem na manometr przewodu zasilającego widzę że ciśnienie powietrza nie spada, ale też nie rośnie. Hmmm... Jadę z wagonu „ra" więc słyszę że sprężarka cały czas pracuje. Gdzieś powstała ucieczka. W znakomitej większości przypadków powodem jest rozszczelnienie się sprzęgów Scharfenberga między jednostkami. Nie ma rady - Na Zachodniej trzeba działać. Biorę z teczki robocze rękawice i „na pewniaka" idę do sprzęgów. No jasne - już z daleka słychać szum uchodzącego w najlepsze powietrza. Rada jest tylko jedna - trzeba zamknąć krany przewodu zasilającego między jednostkami i przełączyć sprężarki na indywidualne sterowanie z szafek niskiego napięcia. Można by próbować połączyć węże powietrzne z pominięciem sprzęgów, ale w tej chwili nie ma na to czasu. Krany zamknięte, jeszcze krótkie wizyty w szafkach NN - i po trzech minutach postoju jedziemy dalej. W pociągu przysłowiowe „półtora człowieka", więc powstałe opóźnienie można „wyrobić". I dobrze, bo w Skierniewicach jest krótki obrót a powrotny pociąg 12340 ma wręcz ogromną frekwencję. Klasyczny „szkolny pociąg" - pełen rejwachu czynionego przez młodzież zdążającą z niekłamaną radością (?) do szkoły. Dziś wsiadanie podróżnych idzie sprawnie, więc mimo delikatnej jazdy (mgła nie była tak silna jak się spodziewałem, ale rozmazane na szynach liście połączone z mgielną wilgocią zmuszają do ogromnej ostrożności przy hamowaniu i ruszaniu) udaje się wjechać punktualnie na Zachodnią. No, minutę później, ale to się nie liczy, nieprawdaż?
Do kabiny przeciska się zmiennik, który pojedzie do Dęblina. Krótkie przekazanie służby: „Sadziło na zasilającym między jednostkami. Krany zamknięte, sprężarki z tablic. Więcej grzechów nie pamiętam" - dodaję żartobliwie. Życzę koledze „zielonej" i wyłuskuję się z zatłoczonego pociągu na peron. Ufff... Można iść na przystanek Warszawa Wola i wracać do domu. Normalnie, pociągiem - komunikacja zastępcza jest tylko zamiast dwóch pociągów, tyle że akurat zamiast tych, którymi najczęściej jeżdżę na noc...
No i dlaczego ten 203 jest taki felerny?
poniedziałek, 22 marca 2010
Licznik odwiedzin: 259196
| « marzec » | ||||||
| pn | wt | śr | cz | pt | sb | nd |
|---|---|---|---|---|---|---|
| 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | 07 |
| 08 | 09 | 10 | 11 | 12 | 13 | 14 |
| 15 | 16 | 17 | 18 | 19 | 20 | 21 |
| 22 | 23 | 24 | 25 | 26 | 27 | 28 |
| 29 | 30 | 31 | ||||
Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:
Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:
Przeżycia i wspomnienia ze szlaku... a może i nie tylko ze szlaku...
Witam! Marek jestem, z Legionowa koło Warszawy. Zawodowo - maszynista Kolei Mazowieckich; niezawodowo - trochę fotograf, trochę marzyciel, trochę "leśny ludzik"...
Prawdopodobnie zawitają tu również nie-kolejarze, jeśli zatem jakieś sformułowanie będzie niezrozumiałe - zapraszam do korespondencji: marek.leg@gmail.com